|
|
środa, 29 grudnia 2010
Oaxaca i okolice
Cay wczorajszy dzien spedzony w busie. Po kolei: 1. Santa Maria del Tule Wioska okolo 10 km od Oaxaca, do ktorej przyjezdza sie zobaczyc najwieksze drzewo na swiecie (nie najwyzsze bo takie to podobno jakas sekwoja w Kaliforni) tylko najwieksze pod wzdledem obwodu pnia - jakies 11 metrow. "Drzewko" ma conajmniej 1500 lat - co oznacza ze roslo, jak pobliskie Monte Alban bylo w pelnym rozkwicie. Robi wrazenie. 2. Teotitlan de Valle Synna wioska tkaczy gdzie za drobna oplata miejscowe rodziny przyjmuja turystow zeby wytlumaczyc jak duzo pracy potrzeba zeby zrobic welniany dywan do salonu. Sympatyczny pan pokazywal kolejne etapy: pranie welny w koszuzeby wyplukac z niej lanoline, czesanie, potem robienie z tych klakow przedzy na kolowrotku i zwijanie w takie zwoje. Zwoje farbuje sie naturalnymi farbami z uzyciem soli jako utrwalacza koloru. Mi najbardziej podobaly sie rozne odcienie niebieskiego - uzyskane z indygo. Zawsze myslalam ze to jakas skala, ale dzong, to kawalek jakiejs rosliny, ususzony czy upieczony, whatever - wyglada jak ciemnogranatowy wegiel, ale daje swietne kolory. Niezle wygladaly tez kolory koszenili - to slynny barwnik (czerwienie, fiolety) ktory Hiszpanie wywozili stad do Europy calymi statkami. Koszenile to pasozyty - zyja na wielkich lisciach kaktusa w bialym kokonie. Po roztarciu w dloni z czarnego robala robi sie czerwona plama - odcien zalezy od PH skory rozcierajcego :) U niektorych to czerwien, u innych bardziej braz. Kolor niesamowicie zmienia sie w zaleznosci od PH wlasnie - dodanie wapna (zasada) powoduje ze reka magicznie dostaje soczystych fioletow, skropienie sokiem z limonki - powrot do czerwieni - czad :))) Po pokolorowaniu welny nastepuje wlasciwy etap tworzenia dywanikow - proste krosna z pedalami, wszystko recznie. Ciekawe czy to tak tylko dla turystow a na zapleczu maja mechaniczne maszyny??? Bo taka metoda zrobienie dywanu 2 x 3 metry musi chyba trwac kilka ladnych miesiecy... 3. Mitla Kolejne ruinas, niezbyt duze i niezbyt spektakulatne, oczywiscie na srodku Hiszpanie wybudowali kosciol (jak zwykle......). Podobno Mitla byla najwazniejszym miejscem dla Zapotekow i ich religii, czyms na ksztalt Watykanu - mieszkali tam najwyzsi kaplani ktorzy oczywiscie skladali ofiary z ludzi - z wyrywaniem serca i takie tam historie... Charakterystyczna rzecza odrozniajaca Mitle od innych ruin Mezoameryki sa piekne mozaiki ciagnace sie wzdluz swiatyn (to znaczy tego co z nich zostalo). 4. Destylarnia meskalu hehe :) wreszcie dotarlismy do zrodla tequlli! Okazalo sie ze zarowno tequile jak i mescal robi sie z agawy, tyle ze tequille przemyslowo w fabryce, a mescal w malych przydomowych "wytworniach". Jak ktos chce zrobic sobie mescal to podaje przepis: - znajdz na pustyni agawe - wytnij jej serce (czyli liscie dookola aout, zeby zostalo cos co wygladem przypomina ciut gigantycznego ananasa) - rozpal ognisko zeby serce agawy ugotowac w calosci (ugotowane ma taki jakis nijaki smak - jak gotowany ziemniak tylko ciut slodki...) - potem ugotowana agawe wycisnij na miazge (moze ci sie przydac wielkie kamienne kolo ktorym przejezdza sie po agawie jak walcem :) - teraz wystarczy miazge wrzucic do kadzi i przykryc grubym plotnem - niech sobie spokojnie fermentuje - i oczywiscie wydestylowac - kazdy chyba doskonale wie jak, nie? :) Otrzymujemy bialy mescal, ktory tu w Oaxaca mozna kupic z karnistra po bezynie do wlasnego naczynka (wersja econo - wkolo Zocalo stoja kolesie z takimi baniakami), lub w wersji na bogato czyli w buteleczce z etykieta i robalem w srodku - robal jest dla picu i dla turystow, prawdziwi smakosze pija mezcal normalnie - bez robala... Mescal mozna tez wylezakowac w drewnianych beczkach - dostaje wtedy slomkowego, koniakowego kolorku i jest odpowiednio drozszy, ciut delikatniejszy w smaku ale po glowie daje mniej wiecej tak samo :) Wizyta w destylarni mezcalu to fajna rzecz - na koniec mozna wszystkiego sprobowac - pojechalysmy po wszystkich smakach, rowniez takich hardkorowych kremowych likierach na bazie mescalu m.in o smaku truskawek, limonki, kawy, pistacji, marakuji - dzizas dawno tak nie namieszalam! 5. Hierve el Agua Po degustacji meskalu trzeba bylo cos zjesc, poprawic piwem, co okazalo sie niezbyt madre, bo potem bus zawiozl nas do Hierve el Agua - 13 kilometrow po nieutwardzonej drodze zajebistymi serpentynami jakies 300 metrow pionowo w gore (podroz w jedna strone trwala okolo 40 minut). Obiad i mescal trzymaly sie niezle, ale w glowie sie krecilo od wybojow, zakretow i nachylenia drogi i przepasci za oknem :)))))) O dziwo na tej trasie oprocz wysoko zawieszonych terenowek i wzmocionych busow mijalismy tez jedna corse, jedna yaris i jednego VW Beetle - ktore wlokly sie niemilosiernie i zapewne zostawily tam zawieszenie :) Mam nowe marzenie - chce sie taka trasa przejechac Jimem jako kierowca!!!!! Hierve el Agua do wapienne baseny o niesamowitych ksztaltach - woda wyplywatam z cieplego zrodla na wapnienne skaly i tworzy biale jeziorka, ktore schodza kaskadami w dol, a potem koncza sie spektakularna przepascia bez barierki. Kurde, nie wiem dlaczego bez barierki, mokry wapien bywa sliski - jak ktos nie uwaza to ma jakies 200 metrow swobodnego spadania!! Piekne miejsce, w dodatku bylismy tam przed 17 - slonce powoli zaczyna zachodzic, jest piekne cieple, plastyczne swiatlo....Niestety - kierowca zarzadzil kategoryczny odwrot o 17.30 zeby zdazyc zjechac z tych zabojczych serpentyn zanim zrobi sie ciemno wiec trzeba sie bylo zwojac. Eh.........Podobno drugie takie miejce na swiecie to tureckie Pamukale - to moze kiedys jednak pojade na te wakacje do Turcji .......
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Oaxaca
NIe spac nie spac, zwiedzac :) W ramach realizacji powyzszego prawie nie spalam w nocnym, autobusie z Pochutli do Oaxaca (8 godzin, 278 peso - droga "dookola" bo dziewczyny stanowczo odmowily jechania krotsza, ale za to zajebiscie kreta i malownicza... szkoda... moze nastepnym razem :) W Oaxaca bylo sporo problemow ze znalezieniem wolnego pokoju, zeszlo nam sie ponad 2 godziny! Chyba sporo turystow przyjechalo na swieta, w tym na slynna "Noc rzodkiewek" - 23 grudnia na Zocalo lokalni "rzezbiarze" prezentuja swoje dziela wykonane z gigantycznych rzodkiewek - niestety widzialysmy tylko scenke ktora wygrala w ub roku -wisi wszedzie na rozklejonych plakatach reklamujacych to wydarzenie. Ciekawe czy gdzies u nas jest jakis festiwal rzezb w ziemniaku albo buraku cukrowym?? Jak nie to chetnie sprzedam jakiemus miasteczku swoj autorski pomysl i zrobimy dookola tego duzo szumu zeby sciagnac turystow! Chetnych prosze o kontakt mejlowy :) Wczoraj z uwagi na lekkie zmeczenie materialu bylo "tylko" zwiedzanie Monte Alban - dojazd kretymi serpentynami bezcenny :) Monte Alban to dawne miasto na szczycie gory prawie w srodku wielkiej doliny w ktorej miescie sie Oaxaca. Szczyt goty zostal "zniwelowany" zeby zrobic odpowiednie miejsce, w zamian za to wzniesiono wiele budowli - w ksztalcie piramid oczywiscie - zeby odtworzyc gore chyba :). Teren olbrzymi. Dwa wielkie place centralne, otoczone swiatyniami, palacem, pomniejszymi piramidami. Tak sie zastanawiam, Zapotecy, podobnie jak Majowie budowali gigantycznym wysilkiem, nie znajac kola ogromne budowle, ale wszystkie sa opisywane w przewodnikach jako "swiatynie", "miejsca ofiarne", "palace". A gdzie do diaska mieszkali normalni ludzie? Gdzie byli skoszarowani wojownicy? (w koncu zeby podbijac sasiednie dolicy trzeba bylo miec jakies wojsko?!) Zapewne mieszkali w palmowych szalasach po ktorych dzisiaj zaden slad nie zostal, jedli byle co bo przez wieksza czesc zycia musieli zasuwac na budowie piramid.... Religia to fajna rzecz, nie? Wystarczy omamic ludzi ze jest jakis bog ktorego nalezy sie bac, a potem mozna im kazac budowac swiatynie, od czasu do czasu postraszyc gawiedz zlozeniem kogos w ofierze a samemu lezec i pachniec.... Ciekawe, ze kazda cywilizacja daje sie na to nabrac ... Oaxaca jest podobno slynne ze swoich wyrobow tkackich. No to zobaczymy. Na razie wczoraj znalazlysmy spore mercado (rynek) ktory praktycznie w calosci skladal sie lokalnych "comedores" czyli po polsku foodcourt :) Dookola stoiska siedza na krzeslach ludzie i wcinaja lokalne przysmaki. Zostala podjeta kolejna bohaterska proba polubienia meksykanskiego "prawdziwego" jedzenia: po pierwszej porazce z mole negro w Mexico City (sos z orzechow, ziol, papryczek i czekolady w kolorze bardzo ciemnym czarno-brazowym i konsystencji dosc rzadkiej) po ktorym paw byl dosc blisko, tym razem wzielam mole roja - czerwone - obylo sie bez scen, moze przez bardziej apetyczny kolor (...) ale nie bylo to zbyt dobre. Drugi rzut - cos w sosie mole negro, zapiekane z tortilla w liscu bananowca - niejadanle. Ups. Natomiast lokalsi zajadaja to az im sie uszy trzesa! Najpopularniejszym daniem na calym rynku byl kosz z kukurydzianymi torlillami, plaskimi kawalami jakiegos ciemnego miesa, do ktorego domawialo sie awokado, rzodkiewy, troche posiekanych pomidorow oraz mnostwo sosow - meksykanie zjadaja to do ostatniego kawaleczka na wyscigi :)) Nam nie pasuje tortilla de maze - kukurydziana (ma dziwny mdlacy zapach). Wolimy z normalnej maki - tortilla de harina, ale rzadko gdzie jest. To prawda co pisze biblia backpackersow: jedzenie w Mexyku jest totalnie inne niz w meksykanskich restauracjach w Europie. Ja jednak wole te z restauracji :)) Za chwile spadamy na calodzenny objazd po okolicy, buzka! A.
niedziela, 26 grudnia 2010
wesolych swiat z dosc daleka!
zyczenia troche opoznione z uwagi na awarie modemu w kawiarence u Marcosa - z okazji swiaty wszystkiego najlepszego dla wszystkich i zeby wiosna szybko przyszla w tym roku :) zeby snieg nie wywalal drzew na trakcje, zeby nie bylo zasp do I pietra, zeby nie zepsulo sie ogrzewanie, zeby wszyscy dostali takie prezenty jakie chcieli (albo takie na jakie sobie zasluzyli :), zeby nikt nie utknal na lotnisku (to zyczenia specjalnie dla nas :) my tymczasem jestesmy juz spalone sloncem, ja wymasowana w morskim spa jak cholera (dzisiaj w swiateczny poranek ostatnie plywanie na falach, z falami, i w kontrze do fali a takze pod fala) - powoli bujamy sie po wiosce zeby doczekac na nocny autobus do oaxaca o 22. swieta minely inaczej niz zwykle - jedzenie inne, duzo piwka i drinkow, kart i grania w pingponga. Przy okazji dowiedzialam sie ze nie chce byc hipisem. poznalysmy polaka, ktory mieszka w wiedniu, rodzine ma na wiosce pod Chelmem, ojca w kanadzie, zone meksykanke i dorosle dziecko. koles przyjezdza do meksyku z austri na zime "bo nie lubi zimy", siedzi 3 miesiace w Mazunte, jara ziolo, pije browary, spi w hamaku nad knajpa na plazy, jak mu sie kasa konczy to jedzie colectivo do Pochutli do bankomatu. Jak go juz zmeczy meksyk to jedzie odwiedzic rodzine w kanadzie, potem pomieszka troche w wiedniu, i jak sie zmeczy to od poczatku. Na pytanie co widzial w Meksyku (wczesniej mieszkal tu 5 lat w jakims miescie) mowi ze nic.... klasyczny przypadek Laski z "Chlopaki nie placza": trzeba wiedziec co sie w zyciu lubi robic i po prostu to robic... nasz nowy kolega po prostu lubi jarac blanty.....zna wszystkich w mazunte, z wszystkimi sie wylewnie wita, po chwii zapomina jak sie kto nazywa i wita sie z kolejnym znajomym. w barze siedzialo tez sporo malolatow z holandii zachwyconych tym tu jest tak tanio i moga sie napic do woli a potem robili wielkie oczy jak dostali rachunek z calego wieczoru ;))) tez jeszcze nic ciekawego w mexyku nie zdazyli zobaczyc bo sie zajeli piciem w barze na plazy. Ogolnie jak widac ze idee hipisow zeszly na straszne psy .... kiedys cos sie chcialo robic, dzis wystarczy sie ujarac gdzies na koncu swiata, spac w hamaku, nosic koraliki i rzemyki i dzwonic do rodziny jak sie kasa skonczy. Tak wiec konczymy nasze wakacje w wakacjach, od jutra znowu czeka nas jazda z plecakiem i zwiedzanie....Znowu..... :))))) pozdrowienia z mazunte!
środa, 22 grudnia 2010
Mazunte
i tak to po nocnej jezdzie autobusem, o godzinie 6,55 lokalnego czasu w poniedzialek wyladowalysmy w Pochutli, skad dwoma colectivo w pol godziny dostalysmy sie wreszcie nad cieply, upragniny Pacyfik ... Troche zajelo znalezienie miejscowki do spania. Wioseczka jest totalnie zabita dechami, jedna ulica przez centrum, jedna dluga plaza (okolo kilometra czy poltorej) zakonczona z obu stron skalami, sklepki, knajpki i posady czyli lokane noclegownie. Lokalne noclegownie dla backackersow polegaja glownie na tym, ze gdzies kolo kurnika jest domek z gliny, na zewnatrz prysznic i kibelek ze zlewem, dookolo a smieci pod palma, lub tez - takie fajniejsze - hamaki zawieszone pod dachem z lisci palmowych na plazy, jakies szafki zeby sobie schowac rzeczy, lazienki jak wyzej. Na szczescie akurat zwolnil sie jeden duzy ladny pokoj u Ziga - taki pensjonacik, drozszy od hamaka pod palma znacznie, ale i tak w cenie pokoju nad polskim morzem w sezonie, wiec akceptowalnie :) Mamy tarasik z hamakiem i stolem z krzeslami z widokiem przez palmy na zachod slonca, w dole piaszczysta plaza, knajpki, itp. W pokoju sa moskitiery, lazienka z kafelkami - bez cieplej wody, ale jakos nie robi to na nikim wrazenia :) Tuz obok jest osrodek ochrony zolwi (Mazunte bylo kiedys centrum przemyslu zolwiowego - zabijano tu tysiace zolwi na mieso, wybierano z piasku jaja. Na szczescie od jakiegos czasu tego zabroniono, powstal osrodek badawczy, a atrakcja turystyczna jest ogladanie jak zolwie w nocy skladaja jaja na plazy. Mozna tu popracowac w wolontariacie :) My sie za wolontariat nie bierzemy. Czas uplywa nam pracowicie na: - opalaniu sie na plazy (to dziewczyny) - kapaniu sie w zajebistych falach Pacyfiku (to ja :) - piciu drinkow prosto z kokosa (swiezo sciety kokos z dorzucona kostka lodu, rurka i porcja rumu 35 peso - okolo 10 PLN :))) - testowaniu jedzenia z kazdego plazowego barku (kawa niedobra, krewetki w czosnku - pycha, talerz owocow na sniadanie - miam, jajecznica z ta cholerna pasta z czerwonej fasoli - ble) Wybrzerze Oaxaca sciaga wielu surferow - sa miejsca gdzie podobno juz w wodzie do kolan fala scina z nog i mozna sie utopic!! Dlatego tez ominelismy mekke surferow Puerto Escondido i wybralysmy Mazunte wlasnie - plaza z obu stron jest ciut schowana w zatoce, wiec fale pozwalaja na w miare swobodne plywanie, ale najlepsza zabawa jest w strefie przyboju - w wodzie mniej wiecej do bioder - tam woda spietrza sie i robi "pralke" - fale ciagna w obie strony (fala powracajaca od brzegu, fala doplywajaca - do brzegu) - rzeczywiscie moze zwalic z nog i trzeba uwazac :) a jak nagle woda sie cofa i robi sie do kolan to oznacza ze za moment przyjdzie fala gigant i wtedy robi sie kociol - nie wiadomo gdzie gora, gdzie dol, gdzie moj kostium kapielowy i w ogole gdzie ja jestem - zajebiscie :)))))) Jedyne o czym sie pamieta to zatkac nos i jakos sie wyplynie :))))) Wczoraj spedzilam tak w wodzie ponad godzine :))) Poza ta strefa gdzie juz jest glebiej plywa sie calkiem przyjemnie, fale sa lagodne, troche jest schodow z wyjsciem na brzeg przez ten kociol ale ogolnie super! Wczoraj za 180 peso od osoby (45 zl) wybralysmy sie na 3 godzinna wycieczke lodzia - na okoliczne plaze i na lowiska, gdzie mozna bylo potrzymac zolwia (koles wyskoczyl z lodzi i zlapal zolwia zeby mozna bylo mu zrobic zdjecie - hmm, taki sobie pomysl), wplynelismy tez w miejsce gdzie bylo mnostwo delfinow - plywaly dokola lodzi, super zwierzeta :)) Kolor mialy dziwny, bo nie byly szare, tylko raczej czarne, niektore nakrapiane - fajnie sie ze soba porozumiewaja - slychac takie piski. Ludzie powskakiwali do wody, ale niestety delifinki nie daly do siebie doplynac, mozna je bylo podziwiac tylko z lodki lub z oddali - sprytne zwierzaki... Po poludniu smutna chwila - morze wywalilo na brzeg (tuz kolo restauracji w ktorej pilam kokosa z rumem czekac na dziewczyny) martwego, olbrzymiego zolwia. Najwyrazniej zostal zahaczony sruba od ktorejs motorowki bo mial stluczona skorupe, ciete rany na glowie :((( miejscowi wykopali centralnie w piachu przed restauracja gleboki dol i zakopali biedaka :(((
Dzisiaj musialysmy wyprawic sie colectivo taxi do Pochutli do bankomatu, oraz kupic bilety na kolejny autobus. W sobote wieczorem jedziemy nocnym busem 8 godzin do Oaxaca - stolicy stanu. A tymczasem do soboty ciezka harowka - opalanie, plywanie, rzucanie sie na fale, picie piwa i rumu (tequila jakos nam nie wchodzi) Tak wiec serdecznie pozdrawiamy, usciski i buziaki dla wszystkich przygotowujacych sie do swiat - podobno w Wawie skonczyla sie juz kasa na odsniezanie....Trzymajcie sie cieplo, nie tesknijcie za bardzo bo juz niedlugo wracamy... Anja
poniedziałek, 20 grudnia 2010
San Cristobal de las Casas
Cudne miesteczko z kolorowymi 1-2 pietrowymi domami, polozone w gorskiej dolinie. Urocza lokalizaja ma swoje minusy.... noca temperatura spada prawie do zera, w ciagu dnia slonce pali nimilosiernie. To, plus klimatyzacja w nocnych autobusach zalatwilo mnie na amen. Od paru ladnych dni kicham dalej niz widze (w sumie to chyba niedaleko zwazywszy ze jestem krotkowidzem :P), nie moge pic zimnej Corony i jak sierotka zza morza zamawiam herbate czyli "te negro" - co nie jest takie latwe - beznadziejna lurowata amerykanska kawa, cappuchino z koligramem cukrku i czekolady mozna dostac na kazdym rogu, w kazdej knajpie i kazdym sklepiku, natomiast gorzka herbata to jakis dziwolog w przyrodzie nie wystepujacy...W Mex City na haslo "tea" dostalam "czaj" czyli herbate zaparzona na slodkim mleku, bleeee ... Wczoraj bylysmy na wycieczce w Kanionie Sumidero - robi wrazenie. Na koncu dosc glebokiego i dlugiego kanionu wybudowano tame, z malej rzeki zrobila sie atrakcja turystyczna - woza tam turystow dosc szybkimi lodziami z jednego konca na drugi - przyjemna przejazdzka, po drodze obowiazkowe foty z mega wielkimi krokodylami, jakies malpki, czaple, i inne pierzaste. Strome sciany kanionu miejscami ida kilometr w gore! W wodzie mnostwo smieci - z gory rzeki woda niesie glownie plastikowe buletki i reklamowki - cywilizacja jednorazowyh opakowan :( Dzisiaj zabralysmy sie z bardzo milym starszym panem na wycieczke do dwoch okolicznych wiosek indianskich. Fantastycznie opowiadal o zwyczajach miejscowych Indian, o tym skad wziely sie dzisiejsze stroje Indiach (narzucili je Hiszpanie, zeby moc "rozrozniac" ktorzy Indianie sa skad, o tym czymsie dzisiaj zajmuja, jak zyja i ile zarabiaja :) W wiosce Chamula stoli najdziwniejszy kosciol na swiecie - synkretyzm doskonaly. W sroku nie ma oltarza, ale sa figury 52 swietych. Podloga pokryta jest igliwiem, Inianie pala swiece, mamrocza swoje modlitwy i przprowadzaja rytual oczyszczajacy cialo ze zlych duchow (centralnie przed wizerunkiem Jezusa, Matki Boskiej, Sw Jana Chrzciciela itp): najpierw bierze sie jajko - jajkiem "szaman" wodzi po glowie delikwenta - jako symbol zycia, jajko zbiera wszystko zlo. Potem takie jajko zakopuje sie gleboko w ziemii. Nastepnie degustacja miejscowego "napoju", potem obowizkowe zlozenie w ofierze kury (podobno zwyczaj przejety przez wysiedlonych z Hiszpanii do Mezoameryki Zydow, ktorzy w Jom Kipur na znak powodzenia rowniez zabijaja w ofierze kurczaki a przynajmniej tak wynikalo ze "studiow" przeprowadzonych przez naszego przewodnika... Na koniec cala rodzina ktora przybyla na "oczyszczanie" pije coca cole - po niej sie beka, a bekanie to wyrzucanie z siebie resztek "zlych duchow". Calosc ceremonii niepodobna do niczego co kiedykolwik widzialam, niestety nie mozna robic zdjec w samym kosciele - musicie mi uwierzyc na slowo ...
niedziela, 19 grudnia 2010
Palenque
Po masakrystycznej 13 godzinnej nocnej podrozy autobusem za niemale pieniadze (okolo 750 chyba peset czyli prawie 200 zl...) zjechalismy z Puebli (2200 mnpm) do Palenque (80 mnpm) - nie caclasmy sie w zadne hotele tylko od razu kietunek na El Panchan - legendarne hipissowisko w dzungli, tuz przy wjezdzie do Parku Narodowego z ruinami Majow. Znalazlymy fajna cabanas - domek w dzungli bez okien, ale za to z lazienka z ciepla woda na gaz z butli - El Jaguar prowadzi sympatyczna Argentynka z mezem Meksykaniniem. Cena 300 MX za noc (okolo 90zl). Po drugiej stronie szosy bardziej hipisowsko - dormitoria w barakach, lazienki w strumyku, "zmeczeni" dniem wczorajszym hipisi i newager-owcy. Fajnie, ale juz z tego wyroslam i zdecydowanie preferuje spac w czystym domku i lazienka z ciepla woda ;))) Za to ta "druga" strona szosy ma super knajpe El Mucio - dobre jedzenie, jak ktos nie trawi meksykanskich plackow z kukurydzy to mozna dostac pyszna pizze (maja piec weglowy), dobre tortille pszenne (de harina ;), i oczywiscie zimne piwko ;) Codziennie wieczorem kolesie graja na bebnach i gitarach, a w porze sniadania leci sympatyczna muzyka ... powazna :) Pierwszego dnia zrobilysmy sobie wypad pokretnymi gorskimi drogami do wodospadow Misol Ha i Aqua Azul - bylo super, mam nadzieje ze wyjda dobre zdjecia ... Dzien drugi - no oczywiscie kompleks ruin Palenque - z grobowcem krola Pakala i wielkim Palacem w srodku dzungli - genialne miejsce! Zwiedzanie zakonczylo sie pozno wieczorem powaznie zakrapiana impreza, a nastepnego dnia znowu 7 godzin w autobusie do San Cristobal, co mialo swoje negatywne skutki w naszym biednym zdrowiu, ale o tym pozniej :)) Poki co jutro wieczorem opuszczamy San Cristobal (znowu 12 godzin w nocnym autobusie po gorach!!!!!!), wiec kolejne wrazenia i pozdrowienia juz stamtad! PS i nareszcie bedzie cieplo, bo na razie to mamy troche dosyc - noce sa strasznie zimne, pokoje nieogrzewane, rano czlowiek szczeka zebami w drodze na sniadanie, a okolo 10 slonce juz daje - robi sie 25 stopni, zwariowac mozna :)
Puebla
Do Puebli z Mex City jedzie sie komfortowym autokarem okolo 2 godzin. Wschodni dworzec autobusowy w Mex nie ma nic wspolnego ze Wschodnim w Wawie - wielki jak spodek, promieniscie dookola rozmieszczone stanowiska odjazdowe autobusow wszystkich linii, czysto, przestronnie, poczekalnie, normalnie mamy kompleksy ;) Do Puebli pojechalysmy zeby poszwedac sie po miejscowej ladnej kolonialnej starowce, oraz zeby zrobic wypad do pobliskie Chamuli gdzie jest sobie majwieksza pod wzgledem wielkosci podstawy, a takze kubatury -´piramida na swiecie :) Wlasciwie to wiele piramid - kazdy nastepny wladca rozbudowywal istniejaca piramide stawiajac na niej nastepna. A na sam koniec przyszel Cortez i trzasnal na koniec na samej gorze kosciol katolicki matki boskiej nieustajacej pomocy - wymowny symbol "zwyciestwa" kolonializmu nad lokalna ludnoscia. Sama Puebla tp jedno z bogatszych miast Meksyku (czy wspominalam juz ze jest tu czasami szokujaco drogo???) - wielka fabtyka VW, fabryki szyjace ciuchy dla Nike, Adidasa, jakis lokalny przemysl. Wieczorem podobnie jak w stolicy - tlumy ludzi z dzieciakami laza po miescie i wydaja swoje pieniadze na zapychajace desery, hamburgery, torty wielkosci kola od samochodu i niezliczone inne przekaski. Nic dziwnego ze Meksykanie przypominaja tusza Amerykanow ...
wtorek, 14 grudnia 2010
meksyk to sajgon :)
Po nieskonczenie dlugim locie wyladowalismy wreszcie w Meksyku! Temperatura - o 6 rano rzeskie 6 stopni :) W ciagu dnia robi sie 20-24 czyli calkiem przyjemnie. Po zostawieniu plecakow w hostelu spacerek po Zocalo (glowny plac w miescie). Na placu cyrk na kolkach - wielkie lodowisko z trybunami, wielka gora sniegu z ktorej dzieciaki moga zjechac na oponach po odstaniu w olbrzymie kolejce), oraz wielki namiot w ktorym po odstaniu w jeszcze dluzszej kolejce mozna bylo z foremki ulepic sobie balwana. I pomyslec ze Meksykane musza placic ciezka kase za cos co my mamy za darmo w nadmiarze :) Poza tym jak to na Zocalo - sprzedawcy lokalnego kitu, azteccy tancerze, kaplanki okadzajace za drobna oplata turystow magicznymi ziolami itp. Stoiska z jedzeniem i milion policjantw z giwerami na kazdym kroku. Meksykanie najwyrazniej nie lubia siedziec w domu - po poludniu tlumy na okolcznych ulicach byly niezle, pod wieczor nie dalo sie w ogole przejsc.. Drugiego dnia pojechalysmy metrem na wzgorze z bazylika Matki Boskiej z Guadelupe. O matko boska! W metrze wracaly stamtad tlumy z "nocnego czuwania" - z kocami pod pacha i obowiazkowo wielgachnym obrazem matki boskiej na plecakch - albo jako chusta powiezona na plecaku albo jako obraz w ramie zawieszony na ramionach... Na miejscu swietna ogrganizacja - wejscia z jednej strony, wyjscia z drugiej, mnostwo porzadkowych, wielki namiot medyczny, przez glosniki non stop komunikaty o zagininych dzieciach , sprzedawcy pamiatek, figurek, jedzenia, do tego glosna muzyka, pod bazylika w rytm bebnow tancza polnadzy indianie w piuropuszach ewidentnie odurzeni rytmem. Ludzi nieprzebrane tlumy. Nie dalysmy rady wejsc do srodka samej bazyliki ze swietym obrazem, a oprocz bazyliki glownej (wielki okragly kosciol) sa jeszcze niezliczone ilosci kaplic i mniejszych swiatyn a caly tlum klebi sie miedzy nim. Fajne bylo to, ze my jako wyzsze o glowe od sredniej krajowej mialysmy ten komfort ze wzystko widzialysmy i nie bylo potrzeby robic akcji "mam klaustrofobie ". Potem byl jeszcze dom Fridy Kahlo i jej meza w dzielnicy Coyocoan (przyjemne CICHE miejsce) i wieczorne wloczenie sie po Zocalo i okolicach w akompaniamencie ogloszajacej muzy z kazdego sklepu i krzykow sprzedawcow. Pierszwsze zaskoczenie: bardzo malo knajpek, prakycznie tylko McD, Burger King i inne sieciowki ze smeciowy jedzeniem. Alternatywa to lokalne "dziury w scianach" - male lokaliki z tradycyjnym meksykanskim zarciem, ktrorego mimo najszczerszych checi nie polubilysmy. Wszytko sklada sie z miesa (czasami trudno zgadnac z czego to mieso :), i kukurydzianych plackow, ktore mi nie smakuja. Zero warzyw. ZERO. Trudno, po 3 dniach wsuwania smazonego sera, kukurydzinego placka i miesa w serze dzisiaj oglaszamy bunt i idziemy na pizze :)))) A w ogole skoro meksykanie tlumne siedza w pizzeriach i mcdonalndsach to idac tam na obiad z pewnoscia poznamy lokalna kuchnie - zjemy tak jak oni...nie mamy wiec zadnych wyrzutow sumienia :) pozdrawiamy! 
wtorek, 19 października 2010
Meksyk
Decyzja zapadła w sumie juz dawno, bilety zakupione, przewodnik się czyta - w tym roku będę wam życzyć wesołych swiąt i szczesliwego nowego roku albo znad Pacyfiku albo znad Morza Karaibskiego. Albo gdzieś z górskiego pueblo. Albo... a bo ja wiem?? Okaże się na miejscu :) Mam nadzieje ze nie bedzie tam komarow!!!
|